Słodko-gorzka niedziela na sportowej mapie Polski

Hubert Hurkacz

Po wtorkowym meczu piłkarskiej reprezentacji Polski z Belgią dalsza część tygodnia upłynęła raczej spokojnie. Prawdziwe sportowe emocje czekały nas dopiero w niedzielne popołudnie. Niestety humory tylko części kibiców można było późnym wieczorem określić jako dobre. Z czego to wynikało? Sprawdźcie to sami.

Wielki Hubi

Jako pierwszy do walki o spełnienie kolejnego ze swoich marzeń stanął Hubert Hurkacz. Dwunasty zawodnik rankingu ATP na kortach w niemieckim Halle mierzył się z liderem tegoż zestawienia Rosjaninem Daniiłem Miedwiediewem.

Przed gwizdkiem rozpoczynającym zmagania finałowe szanse na zwycięstwo reprezentanta Polski były bardzo nikłe. Mało kto wierzył bowiem w to, że wrocławianin zdoła pokonać zawodnika mogącego posługiwać się mianem pierwszej męskiej rakiety świata. Już po kilku pierwszych gemach tego meczu było jednak jasne, że prawdopodobieństwo wygrania przez Hubiego piątego turnieju ATP w karierze są bardzo duże.

Rosnąca frustracja Miedwiediewa wraz z upływem czasu była coraz bardziej widoczna. Wyrzucenie własnego trenera z trybun oraz zepsucie kilku bardzo prostych piłek było tego idealnym przykładem.

Dokładnie po 62 minutach reprezentant Polski mógł unieść ręce ku górze w geście zwycięstwa. Co oprócz samej wygranej było w tym całym sukcesie najistotniejsze? Turniej w Halle to zmagania odbywające się na kortach trawiastych, a Hurkacz nigdy wcześniej nie triumfował na takim rodzaju nawierzchni. Zbliżający się wielkimi krokami Wimbledon także charakteryzuje się podobnym podłożem. Czy możemy więc liczyć na podobny występ w wykonaniu 25-latka? Mocno ściskamy za to kciuki!

Do szczęścia brakowało naprawdę niewiele

Niezapomniane mistrzostwa świata w 2007 czy też 2009 roku, czy też równie udany turniej w roku 2015. Pięknych chwil w historii polskiej piłki ręcznej było całkiem sporo. Także tych w wydaniu klubowym. O powtórzenie sukcesu z kampanii 2015/2016 walczyli w niedzielne popołudnie szczypiorniści Łomży Vive Kielce. Niestety los ponownie przydzielił im jako finałowych rywali zawodników hiszpańskiej FC Barcelony. Tej samej przeklętej ekipy, która już kilkukrotnie stawała na drodze kielczan do wielkiego międzynarodowego sukcesu.

Na hali w Koeln już od pierwszych minut meczu było odczuwalne niezwykłe napięcie. Żadna z drużyn nie chciała popełnić jakiegoś wyraźnego błędu, którego konsekwencją mogłoby zdobycie kilkupunktowej przewagi przez rywali.

Po dwóch połowach zmagań finałowych na tablicy wyników widniał rezultat remisowy. Było więc jasne, że do wyłonienia zwycięzcy potrzebna będzie dogrywka. Także ona sensacyjnie nie przyniosła jednakże rozstrzygnięcia. O tym kto się po sięgnie po prestiżową statuetkę, musiał zadecydować zatem konkurs rzutów karnych. 

Tę próbę nerwów niestety dużo lepiej znieśli zawodnicy ze stolicy Katalonii, powtarzając tym samym wynik sprzed roku i dokładając jednocześnie do klubowej gabloty triumf numer jedenaście w Lidze Mistrzów piłkarzy ręcznych.

Mimo to podopiecznym Tałanta Dujszebajewa należą się z pewnością ogromne brawa. Wszyscy kibice śledzący zmagania Vive mogli bowiem choć przez chwilę wrócić wspomnieniami do legendarnych występów Biało-czerwonych sprzed kilku bądź też kilkunastu lat. Jak to mówią „co się odwlecze, to nie uciecze”. Kolejna odsłona Champions League już za rok. Szansa na odegranie się na Hiszpanach pojawi się więc wyjątkowo szybko. 

Ocena artykułu
5.0/5 (głosów: 1)