Tylko jeden krok od upragnionego celu. Znamy finalistów europejskich pucharów

champions-league

Piłka nożna, tenis i szczypta siatkówki. Wokół tych kilku sportów będziemy obracać się w naszym najnowszym podsumowaniu. O jakich wydarzeniach z wymienionych dyscyplin na pewno warto wiedzieć nieco więcej? Tego dowiecie się z naszego dzisiejszego tekstu. Serdecznie zapraszamy.

Najsilniejsi w Europie

Po kilku miesiącach bardzo interesujących zmagań, obfitujących zresztą w kilka naprawdę sensacyjnych rozstrzygnięć, poznaliśmy wreszcie sześć drużyn, które stoczą zażarte boje o zwycięstwo w tegorocznych edycjach europejskich pucharów.

Największa uwaga kibiców jest oczywiście skupiona na prestiżowej Lidze Mistrzów. Jej wygranie jest bowiem równoznaczne z możliwością nazywania się najsilniejszą ekipą piłkarską na Starym Kontynencie. Istniała spora nadzieja, że w finałowym starciu po raz kolejny zmierzą się zespoły pochodzące z tego samego kraju. Ostatecznie Liverpool zgodnie z planem pokonał jednak hiszpański Villarreal, a Królewscy w dramatycznych okolicznościach odesłali do domu załamanych piłkarzy Manchesteru City. Tym samym jasne stało się, że batalie o upragnione trofeum stoczą tym razem zespoły z Anglii oraz Hiszpanii.

Równie spore emocje na drodze do wielkiego finału przeżywali najbardziej zagorzali sympatycy Eintrachtu Frankfurt oraz Glasgow Rangers. Zarówno niemiecka jak i szkocka drużyna swój ostatni międzynarodowy sukces zanotowały bowiem dobrych kilkadziesiąt lat temu. W przypadku Die Adler mowa tu o zwycięstwie w Pucharze UEFA (sezon 1979/1980), natomiast jeśli chodzi o Rangersów, to miało to miejsce w roku 1972, kiedy to podczas zmagań w Pucharze Zdobywców Pucharów w pokonanym polu udało im się pozostawić ekipę Dinama Moskwa.

Chęć dorzucenia do klubowej gabloty kolejnego cennego trofeum będzie więc ogromna. I nie jest wcale powiedziane, że emocje towarzyszące ich bezpośredniej potyczce będą mniejsze aniżeli w finale Champions League. 

W teorii Liga Konferencji to trzecie rozgrywki pod względem „ważności”. Gdy popatrzymy jednak na drużyny mające mierzyć się w pojedynku o wygraną w premierowej edycji, to nasza opinia o tych zmaganiach staje się już nieco inna. Romę i Feyenoord zna bowiem każdy. Nawet ten, który piłką nożną interesuje się tylko od przysłowiowego święta. My zacieramy więc już powoli ręce na to spotkanie i mamy wielką nadzieję na to, że zawodnicy obydwu drużyn zawstydzą jeszcze wszystkich tych ironicznie wypowiadających się o Lidze Konferencji. 

Hiszpańska stolica łaskawa dla Hurkacza

To, że możemy żyć w czasach, gdy do absolutnej światowej czołówki tenisa ziemnego należy dwoje reprezentantów Polski, to prawdziwy dar od losu. Tak się składa, że w trakcie turnieju ATP1000 na madryckich kortach mogliśmy śledzić tylko jedno z tej dwójki, jednak mimo to emocji z całą pewnością nie brakowało.

Jak pewnie część z Was doskonale wie, na wskutek urazu z udziału w hiszpańskich zmaganiach zrezygnowała Iga Świątek. Cała uwaga kibiców tenisa nad Wisłą automatycznie została więc skupiona na osobie Huberta Hurkacza. Jak z tą presją poradził sobie 25 latek? Naszym skromnym zdaniem bardzo dobrze.

Po kilku naprawdę wyczerpujących spotkaniach jego gra w turnieju indywidualnym zakończyła się dopiero na ćwierćfinale. Tam sposób na pokonanie zawodnika urodzonego we Wrocławiu znalazł lider światowego rankingu ATP Serb Novak Djokovic. W rywalizacji deblowej w parze z Johnem Isnerem udało mu się natomiast osiągnąć 1/2 finału.

Z jednej z jego wypowiedzi opublikowanych na łamach mediów społecznościowych, można chyba odczytać, że zmagania deblowe są jednak tylko dodatkiem, a jego pełna uwaga skupiona jest wyłącznie na grze pojedynczej:

„Gracias Madrid! To była przyjemność tu grać. Podziękowania dla Johna Isnera za trochę zabawy w meczach deblowych.”

Jeśli mamy być szczerzy, to nie mamy nic przeciwko, aby taka zabawa trwała nadal. Oglądanie Hubiego w akcji jest bowiem czystą przyjemnością. 

Mistrzostwo jest już o krok

Musimy mocno pobić się w pierś. W jednym z poprzednich artykułów niejako zapowiadających finałowe zmagania w siatkarskiej PlusLidze wysnuliśmy tezę, iż siatkarze Jastrzębskiego Węgla mają naprawdę spore szanse na obronę mistrzostwa zdobytego przed rokiem. Po dwóch odsłonach walki o tytuł w kampanii 2021/2022 nasza opinia zmieniła się jednak o 180 stopni. Kędzierzynianie wyraźnie bowiem udowodnili, że stawianie na nich przysłowiowego krzyżyka było naprawdę wielkim błędem. 

Gdyby spotkanie numer trzy odbywało się na obiekcie w Jastrzębiu-Zdroju, to może mielibyśmy jeszcze pewne wątpliwości co do tego, czy te finałowe zmagania nie przedłużą się do czterech bądź nawet pięciu meczów. Środową potyczkę ZAKSA rozegra jednakże na własnym terenie. Postawienie tzw. „kropki nad i” nie powinno więc sprawić im tam najmniejszych problemów. Oczywiście zawsze jest ten element zaskoczenia. Przy aktualnej dyspozycji Koziołków na wielką niespodziankę byśmy aczkolwiek raczej nie liczyli.

W Kędzierzynie-Koźlu powoli będzie więc można chyba zbierać siły na decydujący bój w siatkarskiej Lidze Mistrzów. Potrójna korona w jednym sezonie? To byłoby coś!

Ocena artykułu
5.0/5 (głosów: 1)